Uśmiechnięty chłopiec na fotografii to 10-letni Teofil Tratowski, były więzień niemieckiego obozu dla polskich dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi. Chłopiec został aresztowany za przekazanie ubrania cywilnego jeńcowi czeskiemu. W chwili, kiedy wykonywano to zdjęcie, jeszcze nie wiedział, że podejmie razem z bratem i kolegami nieudaną ucieczkę z obozu. Został za to ukarany 20 batami, 3 dniami ciemnicy oraz – po oznakowaniu czerwoną farbą – trafił do karnej brygady.
„Plan ucieczki idzie gładko, my po kolei nad ranem mamy tak cicho wstać aby pozostałą część więźniów nie zbudzić i dostać się do ubikacji. Było na sześciu dwóch wierszułów, dwóch nas braci Piątek i Trojanowski. Rano byliśmy wszyscy w ubikacji. Wahman, który pełnił służbę na warcie przy płocie, był nam znany – nazywaliśmy go cyrkuśnikiem. Lubił się bawić podczas pełnienia służby pustą butelką, zbierał szmaty i prosił o sacharynę. Był to jeden z najbardziej uczciwych żołdaków. My rozpoczynamy nasze dzieło. Pierwszy wchodzi Trojanowski i Wierszuło niosą deskę leciutka mgła poranna przy płocie – Wahmann idzie w drugim kierunku, my wybiegamy przychyleni do ziemi deska jest oparta o płot trochę krótka. Pierwszy wchodzi Wierszuło ledwo się łapie za płot. Zwraca się do nas i mówi: za płotem stoi żydowski policjant, my mu odpowiadamy skakaj! To zwykły Żyd, lecz on mówi, że ma żółtą opaskę na rękawie. Międzyczasie Żyd krzyczy głośno – my z powrotem biegniemy do ubikacji, ostatni biegnie brat Janek, który musiał tę deskę zwalić. W tym czasie widział Wahman i krzyczy Halt! (…). Po kilku minutach przyszło trzech wahmanów. Nas przyprowadzono do wartowni. Pytano, który z nas próbował uciekać, lecz nikt się nie przyznał. Zaprowadzono nas do Lager Firrera, a on kazał nas zamknąć do karca. Po obiedzie odbył się ogólny apel i przyprowadzono nas wszystkich. Odczytano karę – każdy z nas po dwadzieściapięć batów i trzy dni ciemnicy. Po odbyciu tej kary zaprowadzono nas do malarza, gdzie kazano nam zdjąć marynarki. Malarz czerwoną olejną farbą wymalował nam kreski przez plecy i piersi oraz na spodniach, a na prawym rękawie okrągłą obwódkę” – wspominał po latach Teofil Tratowski.

Nastolatek na zdjęciu to Jan Tratowski, brat Teofila, śmiertelna ofiara obozu na Przemysłowej. Chłopiec zginął 30 czerwca 1944 r. w wieku 15 lat zakatowany przez wachmana. W akcie zgonu jako przyczynę śmierci Niemcy podali gruźlicę płuc. Jan został pochowany na cmentarzu pw. św. Wojciecha przy ul. Kurczaki w Łodzi.
„Rano w pogodny dzień, apel odbył się normalnie. My dostaliśmy zadanie oczyścić dół kloaczny przy izbie chorych. Rozpoczęliśmy pracę, zaczęliśmy wiadrami wynosić fekalia do ogrodu. Po pewnym czasie przyszedł do nas stary wachman w okularach – był to ogrodnik. Powiedział, że mamy nosić średnie, a nie gęste, bo tam będą ogórki. Obok tej ubikacji była stajnia. W stajni koniem opiekował się więzień, brat mój w rozmowie z tym więźniem, czy nie ma przypadkiem coś do zjedzenia. On powiedział, że ziemniaki już rozdrobnione z obrokiem dla konia, lecz można z nich jeszcze coś wybrać. Wobec tego brat wślizgnął się do stajni, a my pracowaliśmy tak jakby nic. Po pewnym czasie od bloku 7 szedł gestapowiec, a niektórzy z nas mieli za pazuchą szczypiorek od cebuli. Wobec tego myśleliśmy, że ten stary ogrodnik na pewno zauważył na ogrodzie, że rwaliśmy szczypiorek i zameldował. Gdy gestapowiec się zbliżył, brat Jan nie zauważył go i biegł do nas. Gdy brat biegł, to ten gestapowiec zauważył i kazał bratu przyjść do niego. Brat poszedł do niego, on pyta, skąd brat biegł, oraz co ma w nogawce. Kazał nogawkę odwiązać i wytrzepać z niej zawartość, gdy zauważył, że są to ziemniaki wymieszane z sieczką i zaczął krzyczeć schwein i innymi słowami niezrozumiałymi /po niemiecku/ zaczął okładać biczem brata. Brat upadł na ziemię, zaczął go kopać, z ust brata wydobywały się skrzepy krwi. My z boku udawaliśmy, że pracujemy, lecz oglądaliśmy całą scenę. Ja zrywam się i chcę biec w kierunku brata, lecz koledzy mnie trzymają, ja zaczynam krzyczeć i mdleję” – wspominał po latach brat Teofil Tratowski.




